Categories
Opinie

Rodzina… ach rodzina… gdy jej ni ma samotnyś jak pies…

„Z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciu, i to jeszcze z daleka, by łatwiej było się odciąć…” – ta smutna prawda wypełniła się w moim życiu. Moja śp. Mama uczyła mnie by być jak fontanna – dawać, dawać, ciągle dawać dobro i siebie, ale bracia nie potrafili tego dostrzec.

Przez ponad dwa lata, żyłem z nimi i ze swoją rodziną w jednym mieszkaniu, zatargów, kłótni i wyrzutów było bez liku, no i wszechogarniający bałagan, bo braciszkom nie chciało się sprzątać, albo w ogóle, albo na czas…

Kiedy zrobiło się naprawdę nie przyjemnie i niebezpiecznie, bo w czasie jednej z kłótni (tej ostatniej) latały słoiki i konserwy L

Zabraliśmy swoje manatki i wyprowadziliśmy się do wynajmowanego mieszkania.

Pomimo iż mam prawo do mieszkania gdzie wciąż mieszkają bracia (jestem współnajemcą, należy mi się 1/3).

To oni zaczęli rządzić się pokojem, który opuściłem, tak szybko, że jeszcze nie zdążył „ostygnąć” po naszej obecności. Rzucili się na niego jak na ostatnią koszulę do zdarcia z człowieka.

Mało tego zaczęli się wygrażać jak to szybko mam zabrać z niego swoje rzeczy itp. W perfidny sposób chcieli mi odebrać coś, co należy mi się po rodzicach (spadek)…

W mieszkanie to włożyłem dużo pracy i miłości, kiedy mama umarła, cały dom, całe jego prowadzenie, z chorym ojcem i dwoma braćmi spoczęło na mojej głowie, zakupy, sprzątanie, naprawy, gotowanie, to wszystko robiłem, a bracia? Prawie nic, żyło im się tak jak wtedy, gdy żyła mama.

Nie udało mi się pogodzić studiów z domem i życiem osobistym, z poczucia obowiązku byłem gotów zrezygnować ze swego życia, by „im było dobrze”, ale nikt tego nie docenił – a na koniec został nazwany „oszustem i złodziejem”.

Rzuciłem studia, bo wpadłem w depresję, nic nie miało sensu, przez pół roku nie wychodziłem z domu… a jedyną „osobą”, która zainteresowała się moim stanem był… kot L Kiedy leżałem bez ruchu, bez życia, cały dzień na kanapie, on przychodził trącał łepkiem w moją głowę i spojrzeniem pytał: „co jest?, co się stało?, będzie dobrze”…

A moja „kochana” miała to gdzieś…

Kiedy się ożeniłem, a moja żona była w 5 miesiącu ciąży, po jednej z takich głupich, i bardzo nerwowych kłótni (nie wiadomo o co), o mało co nie poroniła.

Teraz, żyję tak, aby niczego im nie zawdzięczać, w wynajętym mieszkaniu wrócił spokój, przyjemniej jest spędzać czas i nie boję się wracać do domu.

A braci, po tym, co mi zafundowali przez całe moje życie kawalerskie jak i potem z własną rodziną, to że chcieli odebrać mi tych których kocham i którzy mnie kochają (chcieli mnie osierocić), nie chcę znać, przynajmniej przez jakiś czas…

Może kiedyś…

1 reply on “Rodzina… ach rodzina… gdy jej ni ma samotnyś jak pies…”

Nigdy nie byłeś sam. I nie jesteś i nie będziesz. Życie pięknie Cię ukształtowało i nie ważne w jak gorącym ogniu byłeś poddawany próbom. Ważne, że wyszedłeś z nich zwycięsko i że jesteś teraz tym kim jesteś. Musisz wierzyć, że wszystko z czym przychodzi nam się zmierzyć ma jakiś cel. Ja już się o tym przekonałam.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *